Przeciw chandrze

Nie wiem jak Wy, ale ja potrafię zejść psychicznie w głąb mej mentalnej wieży, gdzie światło nie dochodzi, a przez mury dostaje się zgryźliwy wiatr. Stopniowo i jednocześnie nagle, z przyczyną utkwioną w podświadomości. Czekam wtedy, aż mój wzrok przystosuje się do ciemności, i bardziej po omacku niż dzięki niemu, szukam czegoś, co może okazać się mi pomocne.

Z racji tego, że nikt tak naprawdę mnie do wieży nie zrzucił, a wszystko toczy się w mojej głowie, szukając rozwiązania zawsze da się je znaleźć. Tak jak we śnie, w którym zapomniałam, do którego mieszkania miałam iść. Poszłam gdziekolwiek i byłam na miejscu. Kto szuka – znajduje, i okazuje się, że najlepsze rozwiązanie jest tuż obok problemu. Jednak w racji własnych ograniczeń potrzeba czasu, żeby przystosować się do tych nowych (negatywnych) bodźców i ich natężenia, i obrać konieczne działanie w nowych warunkach prowadzące do wewnętrznego ciepłą. Żeby się rozpalić, musimy wyschnąć.

Czy rzeczywiście w przypadku zmętniającej wszelkie myśli chandry rozwiązanie na nią jest na wyciągnięcie dłoni?

Niestety jest, co strasznie komplikuje sprawę. Otóż jesteśmy przyzwyczajeni, że aby cokolwiek naprawić, należy czasu, wysiłku, powzięcia środków – w głowie się nie mieści, że remedium jest tak blisko, że bliżej się nie da. Więc nawet tam swą myślą nie zaglądamy. Gdzie? W sobie.

Zadręczam się, zasmucam się, zamyślam się, zapadam. Jest szaro, mgliście, zimno – szkocki zimowy krajobraz. Pomimo, że czuję się źle, jest dziwacznie komfortowo. Wszystko spójnie tworzy coś naturalnego, bo w podobnych barwach, a właściwie w żadnych. Przyzwyczajam się, wczuwam się i rozumiem. Szarość się jawi czarno na białym.

Zdaję sobie sprawę z mych negatywnych myśli, piętrzą się jedna po drugiej. Widzę jak studiuję wciąż nowe scenariusze życia, które nawet się nie toczy, wypełnione rozmowami ludzi, których realnie nie ma. Interpretuję wszelkie zewnętrze bodźce przez zaśniedziały pryzmat, a moje usta stają do walki wyprzedzając blady zarys rozwagi. Pozwalam na to, choć ubolewam w środku. I cieszę się z tego smutku. Wierzę, ze to się zmieni. Wiem, że w końcu sięgnę po rozwiązanie –  w końcu będzie taka godzina, kiedy nie będę miała już żadnej wymówki na budowanie zamków z błota niedoszłej mogiły.

Czekam na odpowiedni moment kontrataku. Na tę myśl: już czas. Nie ma takiej warstwy kurzu, której nie dałoby się zetrzeć, więc nieważne w jaką dziurę się w kopałam, dam radę.

Co w końcu robię? Likwiduję myśli – te negatywne. Gdy się rozpoczynają – uciszam. Nie mam siły na pozytywne myśli, na widzenie przyszłości w jasnych barwach, na snucie marzeń i obieranie celów. Jeżeli nie potrafię teraz myśleć dobrze – nie będę myśleć wcale. Do tego działam, jak gdyby wszystko było w porządku. Moją zewnętrzną postawą wypełniam równocześnie oczyszczane z negatywizmu wnętrze.

Ćwiczę jogę, idę biegać, odmawiam pszenicy, piję wodę, odmawiam czekoladzie, piszę wiersz, opatulona w polar wdycham mroźne powietrze, rozmruczam kota po brzuchu, obserwuję sikorki, czytam, słucham Youna, Cohena, Florence, Mumfordów. Robię krok w kierunku, w którym chciałabym siebie widzieć. Robię coś, co chciałabym, żeby mnie określało. Ten jeden krok dodaje siły, by zrobić następny, choćby nawet mniejszy.

Powoli się podnoszę. Choć z początku kuleję i wciąż się potykam, mięśnie stopniowo nabierają ciepła. Stawy i kręgi strzelają, a powieki wracają do swej właściwej grubości. Chmury się rozrzedzają i widoczne stają się gwiazdy, z których powstaliśmy. Bo taka była moja decyzja.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s